s. Michalina Szczygieł

s. Michalina

Siostra Michalina urodziła się, w tym samym roku, co Jan Paweł II – 1920, pochodziła ze Stróży, na południu Polski. Do Zgromadzenia wstąpiła, gdy w Dębowcu zaczęło powstawać Zgromadzenie Sióstr Misjonarek z La Salette. Przed II wojną światową, wraz z innymi Siostrami musiała emigrować do Francji. Tam przeżyła większość swojego życia. Gdy pojechała na kilka miesięcy na misje do Brazylii, została tam 9 lat. Upragnionego powrotu do Polski doczekała się po 64 latach, w 2002 roku. Natychmiast, gdy tylko taka możliwość się pojawiła, spakowała swoje rzeczy do jednej walizki i tak wróciła do Ojczyzny. W kształtującej się rzeszowskiej Wspólnocie przeżyła jeszcze 10 lat patrząc, jak spełnia się jej marzenie i na nowo rozwija się Zgromadzenie Sióstr Saletynek w Polsce. Zmarła w 2011 roku, przeżywszy, na chwałę Pana, piękne 92 lata.


Pan Bóg tak to wszystko wymyślił…

Pochodzę z wielodzietnej rodziny – w domu było nas dziesięcioro. Wychowywałam się w trudnych czasach, w okresie międzywojennym. Wszyscy bardzo ciężko musieliśmy pracować, aby jakoś przetrwać. Moje rodzeństwo zakładało rodziny, a ja zawsze wiedziałam, że będę zakonnicą. Nie byłam tylko pewna, do jakiego zgromadzenia Pan Bóg mnie wzywa? W tych czasach, aby wstąpić do zakonu, trzeba było mieć posag, a ja nie miałam nic. Nie traciłam jednak nadziei. Moja ciotka była siostrą szarytką, więc rodzice chcieli mnie oddać pod jej opiekę. Ale nie czułam, aby tam miało być moje miejsce.
 
Gdy miałam 17 lat, zostałam zapisana na „Kurs Gospodarczy dla Panienek” prowadzony przez Siostry Dominikanki. Siostry od razu zauważyły, że mam powołanie i pragnęły przekonać mnie, żebym dołączyła do nich. Ale i tutaj jakoś się nie widziałam…
 
Moja siostra pragnąc pomóc znaleźć ten „mój” zakon, zdobyła spis wszystkich zgromadzeń i zakonów w Polsce. Owszem – przeglądnęłam go, jednak żaden nie zwrócił mojej szczególnej uwagi. Wreszcie, już prawie zrezygnowana, pokazała mi gazetę: „Przewodnik Katolicki”, w którym znajdowało się ogłoszenie o naborze do Sióstr Saletynek. Nie bardzo wiedziałam, co to za siostry, ale postanowiłam napisać pod wskazany adres. Był to adres księdza Michała Kolbucha, pierwszego Polaka – saletyna i ówczesnego prowincjała Księży Saletynów. Bardzo szybko otrzymałam odpowiedź na swój list. Ogromnie spodobał mi się styl, w jakim ksiądz do mnie pisał: tak ciepło i przyjaźnie. Zaczęliśmy regularnie ze sobą korespondować. On był bardzo zainteresowany moim życiem, moim powołaniem. Sam natomiast pisał mi o objawieniu Matki Bożej w la Salette, o którym wcześniej niewiele słyszałam, oraz o Zgromadzeniu Saletynek. W którymś z listów zapytał, czy jestem gotowa wyjechać do Francji. To był dla mnie szok – nie spodziewałam się, że będę musiała opuścić kraj. Moja rodzina, gdy się o tym dowiedziała, zaczęła mi odradzać i nawet rodzice poczynili kroki, aby wysłać mnie do Warszawy, gdzie przebywała moja ciotka szarytka.

Pan Bóg tak to wszystko wymyślił… Nieraz było mi bardzo ciężko, ale nigdy nie żałowałam swojego wyboru. Za wszystko, co mnie spotkało, co dzień Bogu dziękuję. Pomimo, że bardzo się bałam (czekało na mnie inne życie, w obcym kraju, z językiem, którego nie znałam), ufałam jednak księdzu Kolbuchowi. Zresztą – nie wyjeżdżałam sama: było nas sześć dziewcząt z różnych stron kraju. Wtedy nie wiedziałam, że za granicą przeżyję wojnę, że wyjadę na 9 lat na misje do Brazylii, że będzie mi dane również zwiedzić Argentynę, a do Polski wrócę dopiero po 64 latach!