Posługa za kratami

– s. Jadwiga Sroka SNDS o wizytach w więzieniu

Z zewnątrz długi mur, zwieńczony zwojami kolczastego drutu, kamery i wieże obserwacyjne. Za nim ponury plac i szare, dwu-trzypiętrowe budynki. By dostać się do środka trzeba przejść przez wiele bram otwieranych i zamykanych z hałasem, nieustannie, od świtu do nocy. Wewnątrz, długie korytarze z szeregami takich samych drzwi z maleńkim wizjerem. W celach, niewielkie okna, przez które wpada słońce i rozciągnięte cienie krat… czytaj dalej

O posłudze w Zakładzie Karnym myślałam od wielu lat. Powiedzieć można, że stało się to moim pragnieniem na długo przed tym, zanim zostałam Siostrą Saletynką. Jako nastolatka uczyłam się w Liceum Plastycznym w Nowym Wiśniczu. Mieszkałam w internacie, z którego okien rozciągał się malowniczy pejzaż okolicznych wzgórz, wznoszących się nad niewielkim miasteczkiem. Na szczycie jednego z nich stał malowniczy renesansowo-barokowy zamek Kmitów i Lubomirskich zbudowany w XIV w. Nieopodal zaś, dostrzec można było charakterystyczny zespół budynków, który niegdyś był klasztorem Karmelitów Bosych. W XVIII w. zaborcy przekształcili go na więzienie i jakie takie, działa do dzisiaj. Bliskość tego miejsca, często skłaniała mnie do refleksji… Po latach, wstępując do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej z La Salette, dołączyłam się do uformowanej już grupy wolontariuszy z Odnowy w Duchu Świętym i tak zaczęłam odwiedzać osadzonych.

Na spotkania w więziennej kaplicy zwykle przychodzi od 20-60 osób. Gdy wchodzą, zwykle przyklękają przed Najświętszym Sakramentem, inni robią znak krzyża i biegną przywitać się z wolontariuszami. Jedni przychodzą z autentycznej potrzeby modlitwy, pragnienia słuchania Słowa Bożego, inni zaś, dla rozmowy i spotkania się z ludźmi z drugiej strony murów. Są i tacy, którzy przychodzą ze zwykłej ciekawości lub po to, by choć na chwilę zabić nudę i wyrwać się z szarej codzienności. Każde spotkanie rozpoczyna się modlitwą, zwykle jest to Koronka do Miłosierdzia Bożego. Milkną wtedy rozmowy, zapada głęboka cisza i atmosfera skupienia. Czasem, wyrywana z głębi serca modlitwa zdaje się, jakby miała zaraz rozerwać mury. Potem znów zapada cisza. W tej ciszy odczytany zostaje fragment Ewangelii. Następuje dzielenie się w grupach.

Niektórzy chętnie słuchają i przyjmują Słowo Boże. Z zapałem dyskutują między sobą. Widać różne sposoby myślenia, różne doświadczenia życiowe i nawet różne etapy rozwoju duchowego. Są wśród nich tacy, którzy właśnie w więzieniu doświadczyli miłości Boga i dziś są osobami głęboko wierzącymi. Ze spokojem przyjmują karę za swoje czyny – w duchu pokory i z nadzieją, że po jej zakończeniu będą mieli jeszcze szansę na ułożenie sobie życia. Mają plany i pragnienia. Nierzadko rodziny i dzieci, które na niech czekają… Inni milczą, przysłuchują się. Wciąż poszukują, zmagają się ze sobą. Widać jak przyciąga ich do siebie miłosierdzie Boże, z drugiej zaś strony, jak ciężko im pogodzić się ze swoją historią. Często zadają sobie pytania: dlaczego mnie to spotkało? Czemu Bóg do tego dopuścił? Dlaczego milczał…? Szukając prawdy o sobie samym napotykają rzeczywistość Boską. Próbują odnaleźć sens swych pokruszonych życiorysów. Szukają dróg do pojednania się z Bogiem i ludźmi, próbują wybaczyć także samemu sobie. Nie jest to wszystko łatwe. Niejednokrotnie, w przeszłości wielu z nich zmagało się z brakiem troski i miłości od najmłodszych lat. Często zwiodła ich tzw. zwykła głupota. Poniewierani przez najbliższych lub pozostawieni samym sobie, bez wzorców i bez wiary, łatwo dali się uwikłać w skrajne środowiska, zwieść obietnicą łatwych pieniędzy, pogrążyć w nałogach czy w długach. Są też i tacy, którzy w to miejsce trafili z powodu niekontrolowanych skłonności seksualnych, zaburzeń psychicznych. Najbardziej smutne są spotkania z tymi, którzy już nie wierzą, albo wydaje im się, że Bóg ich opuścił i już się nimi nie interesuje…

Posługa w więzieniu wymaga pochylenia się nad każdym ludzkim losem. To, za każdym razem spotkanie z żywym człowiekiem i jego historią. Tu nie używa się pięknych słów, nie wygłasza się płomiennych przemówień. Polega to raczej na poświęceniu swego czasu, na okazaniu zainteresowania, wysłuchania, współczucia… czasem wystarczy uśmiech, podanie ręki. To tak niewiele a tak wiele może zmienić.

W świecie bez krat czasem spotykam się z niezrozumieniem. Znajomi pytają mnie po co to robię… czemu tam chodzę…
– Oni przecież siedzą tam nie bez winy – mówią. – Popełnili zło. Niejednokrotnie bardzo skrzywdzili innych i powinni odpokutować za swoje grzechy. Powinno im być ciężko, samotnie i źle. Jest tyle innych miejsc bardziej wołających o współczucie… tyle niezawinionego cierpienia, gdzie można się angażować i oddawać bez reszty…
– Tak, możliwe, że masz rację – odpowiadam. – Ale trzeba pomagać tym, którzy wciąż jeszcze szukają drogi do Ojca… którzy szczególnie potrzebują doświadczyć Jego miłosierdzia. Myślę, że to jest ważne, dobre i potrzebne. W sercu mam słowa Pan Jezusa: byłem w więzieniu, a przyszliście do mnie.